Darek

TYP NOWOTWORU: Ziarnica złośliwa
WOLNA OD RAKA: 16 lat

Jak to było u mnie?

Zawsze starałem się ruszać coś trenować. W szkole podstawowej trenowałem judo w szkole średniej załapałem bakcyla na siłownię i taniec nowoczesny. Często na zajęciach tanecznych od trenera słyszałem pytanie czy muzyka w tańcu mi nie przeszkadza i z uporem maniaka odpowiadałem, że nie

Również w tym samym okresie często czułem się zmęczony, między szkołą, a treningami prawie codziennie robiłem sobie drzemki 1,5 – 2h. Myślałem dobra dużo treningów, okres dojrzewania organizm musi się regenerować. Wszystko w porządku tylko jak rozmawiałem ze znajomymi, którzy trenowali podobnie jak ja nie potrzebowali drzemek w ciągu dnia. Dobra, każdy jest inny może ja potrzebuje więcej odpoczynku -myślałem sobie.

W wieku 17-18 lat należy wykonać próbę tuberkulinową w celu sprawdzenia czy ma się odporność na gruźlicę. W ogóle zapomniałem czy nawet nie widziałem, że trzeba coś takiego zrobić.

Przyjaciel Michał z którym znam się od czasów piaskownicy przypomniał mi o wykonaniu próby. Ciągle zapominałem o tej akcji odwlekałem ją w czasie. Na szczęście Michał był namolny, co najmniej dwa razy w tygodniu „zawracał mi głowę” – Darek zrobiłeś już próbę. Dla świętego spokoju poszedłem ją wykonać.

Był styczeń 2001 zaczynał się magiczny czas osiemnastek a przy okazji w końcu zrobiłem próbę tuberkulinową.

Wynik próby był zły skierowali mnie do Instytutu gruźlicy i chorób płuc. Super pomyślałem zrobią mi komplet badań i można zaczynać nowy rok pełen imprez osiemnastkowych. Niestety plany legły w gruzach. Po serii badań zakończonych pobranie wycinka z okolic nad obojczykiem moje plany noworoczne diametralnie się zmieniły. Diagnoza- ziarnica złośliwa.

Był to bardzo trudny czas dla mnie. Zaczęły pojawiać się pytania w mojej głowie dlaczego ja? Przecież nigdy nie eksperymentowałem z papierosami a tym bardziej z innymi używkami. Byłem zły, obrażony na cały świat. Potrzebowałem czasu by to wszystko spróbować zrozumieć. Dzięki rodzinie i przyjaciołom pozbierałem się powtarzając sobie: Darek znasz przeciwnika, masz trenerów-lekarzy i sekundantów-pielęgniarki i pielęgniarzy. Trzeba wstać podnieś rękawice i rozprawić się z nowotworem!

Dorosłe życie zaczynałem od „imprezy urodzinowej” na dziennym oddziale chemioterapii. Dostałem nie tylko drinka powitalnego ale cały zestaw. Początki walki z chorobą nie były zbyt ciężkie. Lekarz prowadzący pozwolił mi kontynuować treningi taneczne, było nieźle. Im walka była dłuższa zaczynało brakować sił fizycznych i psychicznych. I wtedy do akcji wkroczyła rodzina przyjaciele dzięki którym złapałem wiatr w żagle do walki.

Przed każdą chemią słuchałem utworu WWO „Damy radę” był moim hymnem wręcz pieśnią wojenną.

W połowie lipca skończyłem pierwszą walkę , którą byłem zmęczony, Pod koniec źle się czułem musiałem odpuścić sobie treningi, ale rok szkolny zakończyłem pozytywnie.

W sierpniu zaplanowany był obóz harcerski który dawał mi siłę do dalszej walki. Pod koniec Lipca miałem wizytę u kolejnego „trenera” pani doktor odpowiedzialnej za kolejną walkę – radioterapię. Na początku stanowczo powiedziała ,że druga walka jest zakontraktowana na sierpień. Udało mi się wynegocjować z moim „trenerem” zgrupowanie w celu nabrania sił do kolejnej walki czyli obóz harcerski.

Od września razem z rozpoczęciem czwartej klasy technikum zacząłem kolejną walkę – radioterapię.

Na początku małe tatuaże w postaci 4 kropek, w sumie nigdy nie myślałem o tatuażach.. Wyznaczały one pole naświetlań . Przez pierwsze rundy szedłem jak burza. Niestety w połowie walki złapałem „zadyszki”. Występować zaczęły, nudności i bóle gardła. Picie wody pod koniec było wyzwaniem. Przetrwałem ostatnią rundę. Teraz czekałem tylko na werdykt sędziego – tomografia komputerowa. Werdykt- walka wygrana !!!

W planach były przeglądy co kwartał, co pół roku i co rok.

W 2003 roku dostałem się na wymarzony wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa na Politechnice Warszawskiej.

Pierwszy semestr był dla mnie kosmiczny. Często wracając do domu musiałem tłumaczyć sobie magiczne znaczki które zanotowałem na wykładach z matmy. Moi koledzy i koleżanki czuli się jak ryby w wodzie wszystko łapali za pierwszym razem. W listopadzie miałem kolejną kontrolę , miałem przejść na częstotliwość wizyt jedna co pól roku. I BUM wyniki były podejrzane. więc lekarze zlecili dodatkowe badania.

Kumulacja „szczęścia” okazało się że ,muszę walczyć o utrzymanie się na uczelni plus organizm zorganizował mi kolejnego intruza z którym trzeba było walczyć.

Po szeregu badań łącznie z operacją diagnostyczną polegającą na pobraniu wycinka z płuc znowu musiałem wejść do klatki i walczyć. Sztab trenerów przedstawił mi plan działania na tą walkę.

Na początku rozbijemy intruza kilkoma cyklami chemii, by poddać go przez autoprzeszczep szpiku. Plan genialny tylko trochę mało spójny z moim. Mój plan zakładał walkę na uczelni i pokonanie kolejnych semestrów.

Nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło. Na walkę w centrum onkologii dostałem urlop zdrowotny koło półtora roku – podobno dają góra na rok. Prawdopodobnie dlatego skończyłem studia.

Chodziłem równocześnie na zajęcia na uczelnię i zmiękczałem przeciwnika na onkologii. Super rozwiązaniem jest w czasie walki toczyć w miarę normalne życie na ile pozwala leczenie. Pozwala to na zachowanie lepszej kondycji psychicznej. W głowie podobnie jak na ringu odbywa się prawie 65-75 % walki ,która decyduje o wyniku.

Na uczelni zaliczyłem kilka przedmiotów. W lipcu miałem koło 3 tygodni między chemią, a przygotowaniem do autoprzeszczepu.

W sierpniu zacząłem aferezy czyli zbieranie komórek macierzystych , które niezbędne były ostatniej najważniejszej walce. Najważniejsza walka zaczęła się od pozbawienia mnie niemal całkowicie odporności by móc przeprowadzić autoprzeszczep. Pozbawiony byłem odporności niemal do zera. Mój świat w tamtym czasie ograniczał się do izolatki. Niestety Internet jeszcze nie był tak bardzo dostępny na urządzeniach mobilnych jak obecnie.

Nic straconego nadrobiłem zaległości w lekturach, które czekały na przysłowiowe kiedyś.

Sam moment przeszczepu oceniam bardzo dobrze. Największym wyzwaniem jest przygotowanie się do niego i odzyskanie odporności po. Udało się wszystko, co prawda z małymi przygodami w postaci zapalenia płuc. W tamtym momencie napędziłem niezłego stracha lekarzom i bliskim tym zapaleniem.

Po całej walce z nowotworem nie mogłem się doczekać kiedy będę mógł zacząć trenować cokolwiek.

Pierwsze moje pytanie przy wypisie brzmiało :

– Pani doktor mogę przejechać się na rowerze?

– Możesz Darek, ale bardzo rekreacyjnie dokoła domu

-Super

Pierwsza przejażdżka dookoła domu w moim wykonaniu wyszła ok 20 km.

Od momentu opuszczenia Centrum onkologii w Warszawie w roku stawiałem się na wizyty kontrolne co kwartał, pół roku, rok . Obecnie jestem wolny od nowotworu 16 lat.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.