Paweł

TYP NOWOTWORU: Rak jądra
WOLNA OD RAKA: 5 lat

Początek studiów to najlepszy moment na lepsze poznanie siebie, swoich zainteresowań, nowych ludzi czy zwiedzanie. Niekoniecznie na ekspresowy kurs dojrzewania. Miałem 19 lat, dzień zaczął się jak każdy inny – wstałem, zjadłem śniadanie, poszedłem pod prysznic. Nagle mam wrażenie, że coś jest nie tak – jedno z jąder ma jakąś dziwną strukturę, jakbym dotykał twardej, stalowej kulki. Do tej pory raczej nie chodziłem do lekarzy, nie licząc pediatry czy internisty, zatem nawet nie wiedziałem do kogo się z takim tematem zwrócić. Szybki telefon „mamo, jest taka sytuacja… co w zasadzie powinienem zrobić?” Urolog jako pierwszy kontakt. Wizyta dzień później, jadę na totalnym luzie – zawsze uważałem, że Google nie jest najlepszym doradcą, wiec niczego nie sprawdzałem i nawet nie podejrzewałem jaka może być diagnoza. Szybkie USG, „Panie Pawle, tutaj ma Pan jeszcze skierowanie na markety, żeby mieć całkowitą pewność, ale na 95% ma Pan raka jądra”. Trochę jakby poza świadomością poszedłem do recepcji zapłacić za wizytę, usłyszałem, że płatność kartą jest niemożliwa, ale niedaleko jest bankomat. Bezmyślnie wyszedłem z budynku, oparłem się o ścianę, osunąłem i zacząłem płakać jak dziecko. W jednej chwili całe moje dotychczasowe życie legło w gruzach. Jeszcze dzień wcześniej byłem totalnie zajarany tym, jak wygląda – dostałem się na studia, które planowałem, przeprowadziłem się do nowego miasta, dostałem się do organizacji studenckiej, na której mi zależało, poznałem mnóstwo ludzi. Teraz miałem wrażenie, że to wszystko właśnie się skończyło.

Chwile później miałem wizytę u onkologa „najpierw czeka Pana orchidektomia, a potem zobaczymy”. Niedługo po zabiegu dowiedziałem się, że mam do wysłuchania dwie informacje – dobra była taka, że nowotwór został na tyle szybko usunięty, że nie ma przerzutów, a zła, że był tak złośliwy, że jeżeli nie przyjmę profilaktycznej chemii, to niedługo spotkamy się ponownie, tym razem z guzem na mózgu, płucach, albo jeszcze gdzieś indziej. Decyzja o poddaniu się chemii była najtrudniejszą jaką miałem podjąć. Po pierwsze dlatego, że zdawałem sobie sprawę z tego jak bardzo jest wyniszczająca, po drugie dlatego, że istniało bardzo duże ryzyko, że jej efektem ubocznym będzie bezpłodność. Ten drugi powód był dla mnie chyba nawet bardziej istotny. Kiedy otrzymujesz diagnozę zaczynasz myśleć o rzeczach, nad którymi nie zastanawiałeś się nigdy wcześniej, zaczynasz robić sobie rachunek sumienia i zdawać sobie sprawę z tego co jest dla Ciebie naprawdę ważne. Ja wtedy doszedłem do wniosku, że moim największym marzeniem jest założyć kiedyś rodzinę i mieć dziecko. Chemia mogła stanąć temu na drodze. Po wielu godzinach rozmów z najbliższymi i wizytach u różnych onkologów uznałem, że muszę to zrobić, bo inaczej mogę nie mieć możliwości realizacji jakichkolwiek planów.

Chemia miała być cholernie mocna i mieć 3 miesięczne cykle – jeden cykl to tydzień w szpitalu, kilka dni w domu, wizyta na wlew w szpitalu, kilka dni w domu, wizyta na wlew, dom, wlew.
Był to najprawdopodobniej najgorszy okres w moim życiu. Od początku wiedziałem, że wypadną mi włosy, więc przed chemią profilaktycznie je zgoliłem (zostało może 2 mm, które już po kilku dniach i tak wypadły) – wtedy chyba najbardziej dociera do Ciebie co właściwie się dzieje.

Przed pierwszym cyklem miałem zrobione badania krwi – liczba płytek wynosiła ponad 300 tys., po pierwszym cyklu była równa 30 tys. norma zaczyna się od 150 tys., a u mnie po kuracji sterydowej wzrosła do nieco ponad 100 tys. W związku z tym Pani doktor, która mnie prowadziła uznała, że nie podadzą mi już kolejnego cyklu, bo mógłby mnie zabić. Pozostaje liczyć na to, że jeden wystarczył i robić częste badania kontrolne.

W lipcu zeszłego roku minęło 5 lat od zakończenia chemii. Na ten moment badania mówią, że wszystko jest w porządku.

Oczywiście nikomu nie życzę, aby przez to przechodził, jak również mając wybór sam bym tego nie chciał. Mimo wszystko, patrząc na to doświadczenie z perspektywy czasu uważam, że wniosło ono mnóstwo wartości do mojego życia. Sprawiło, że kompletnie inaczej na nie patrzę, mam poukładane priorytety, doceniam rzeczy, nad którymi wcześniej się nie zastanawiałem i okazuje się, że większość „problemów”, które nas spotyka nie jest tak naprawdę problemami. Walka z chorobą jest bardzo trudna, ale najważniejsze, żeby się nie poddawać, a życie po niej jest dużo piękniejsze niż wcześniej.

P.S. Jeżeli ktoś z Twoich znajomych lub rodziny jest w trakcie walki z chorobą – nie zastanawiaj się czy wypada, po prostu idź do niej/niego, napijcie się soku i pogadajcie, tak po prostu, o wszystkim, jak zawsze – o książkach, serialach, filmach, meczach, grach, plotkach, o wszystkim, o czym rozmawiasz z innymi w normalnej sytuacji. To niesamowicie ważne. To, czego najbardziej brakuje podczas walki to NORMALNOŚĆ.

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.